Białystok/ Koniec procesu ws. tragicznego wypadku przy pracy przy wycinaniu gałęzi

Kary roku więzienia w zawieszeniu chce białostocka prokuratura dla mężczyzny oskarżonego w związku z wypadkiem przy pracy na wysokości, w którym zginął jego kolega, a on sam doznał ciężkich obrażeń skutkujących inwalidztwem.

Nie tylko obrońcy, ale też pełnomocnik oskarżycielki posiłkowej (żony zmarłego) chcą uniewinnienia. Wyrok ma być ogłoszony na początku grudnia.

Chodzi o zdarzenie, do którego doszło ponad cztery lata temu na Rynku Kościuszki w centrum Białegostoku. Z kosza podnośnika, który się nagle przechylił – w czasie prac na wysokości ok. pięciu metrów przy przycinaniu gałęzi drzew – wypadły dwie osoby. Okazało się, że pękło stalowe ramię tego podnośnika; jeden mężczyzna zginął, drugi był ciężko ranny.

We wtorek przed Sądem Rejonowym w Białymstoku strony wygłosiły mowy końcowe. Prokuratura uważa, że to właśnie ciężko ranny pracownik był odpowiedzialny za bezpieczeństwo i higienę pracy w firmie, nie dopełnił tego obowiązku, wskutek czego doszło do narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Chodzi o to, że mężczyźni pracowali na dużej wysokości bez zabezpieczenia. Jak mówił w mowie końcowej prok. Andrzej Olszewski, gdyby zachowane zostały wszystkie – wymagane prawem przy tego typu pracach – normy i zasady, do wypadku by nie doszło. „Nie możemy mówić, że mieliśmy do czynienia tylko i wyłącznie ze splotem nieszczęśliwych wypadków. Było tutaj zawinienie, które skutkowało tragedią” – powiedział.

Argumentował, że wyrok w tej sprawie powinien być „przestrogą dla innych, że nie należy bagatelizować zasad bezpieczeństwa i higieny pracy„. Złożył wniosek o karę roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata.

Nie zgodzili się z tym stanowiskiem nie tylko obrońcy, ale też pełnomocnik oskarżycielki posiłkowej. Reprezentujący ją mec. Ireneusz Mikucki zawnioskował o uniewinnienie oskarżonego, mówił o wadliwości postępowania przygotowawczego.

Zwracał uwagę, że przyczyną wypadku – przywoływał opinię biegłych z Urzędu Dozoru Technicznego – było urwanie się kosza, bo z powodu tzw. zmęczenia materiału, doszło do pęknięcia stalowego ramienia podnośnika. „I to pęknięcia w obszarze niewidocznym, bo wewnątrz elementu zamkniętego (…). Zmęczenie każdego materiału jest naturalnym procesem, ono wynika ze starzenia się elementu, działania szeregu sił” – mówił pełnomocnik.

Dodał, że obaj pracownicy wypadli z kosza, bo nie byli do niego przypięci, ale – jak mówił – urządzenie zostało przez dozór techniczny dopuszczone do użytku bez stosownej klamry, do której można byłoby się wpiąć.

Powiedział też w mowie końcowej, że w tej sytuacji obaj pracownicy byli przekonani, że urzędnicy dopuścili to urządzenie – jako bezpieczne – do użytku. Dodał też, że oskarżony nie był właścicielem firmy i to nie na nim spoczywała odpowiedzialność za BHP. „Przecież on jest w tej sprawie tak naprawdę ofiarą i prawdopodobnie nigdy nie wróci do zdrowia” – dodał mec. Mikucki.

Jeden z obrońców mec. Jakub Radlmacher przyznał, że w sprawie karnej rzadko jest tak, by obrona zgadzała się z pełnomocnikiem oskarżyciela posiłkowego; poparł całą jego argumentację.

Podkreślał, że przyczyną wypadnięcia z kosza nie był brak zabezpieczeń, a pęknięcie podnośnika. „Skazanie oskarżonego na jakąkolwiek karę w tej sprawie mija się z celem i nie będzie służyło jakiemukolwiek poczuciu sprawiedliwości” – dodał mec. Radlmacher. Wskazał, że oskarżony jest po wypadku inwalidą, a jego stan nie pozwala mu na rozumienie toczącego się postępowania ani jego skutków. „I wątpię, by ten wyrok miał oddziaływać społecznie. Gdyby był to wyrok skazujący, to na zasadzie znalezienia kozła ofiarnego” – mówił.

Ocenił, że oskarżony jest w tej sprawie pokrzywdzonym, a sprawa w ogóle nie powinna mieć finału w sądzie.

blank

Skomentuj